Wydział Architektury

Wydział architektury w dowolnym mieście w Polsce to obiekt pożądania.

Od kiedy dostałam się na WAPW minęło już 11 lat, czyli od kiedy trafiłam do Domina – 13. To jednocześnie mało i niemało, w skali mojego niespełna 30 letniego życia już jednak sporo, zważywszy że to w Dominie, można powiedzieć, zaczynałam w wieku 16 lat tę bardziej „własną”, „świadomą” i niezależną część mojego życia – zwłaszcza że wszystko to „wymyśliłam sobie” będąc 16 latką z małego acz urodziwego miasteczka Sandomierza i dysponując tylko masą własnej determinacji i chęci i skromnym budżetem dostanym wówczas od mamy.

 

Domin był zatem moim skokiem w dorosłość – co weekend autobus PKS do Warszawy – do wyboru 5:50 albo 6:30 rano (jeśli bym zaspała, nici z zajęć które rozpoczynały się bodajże o 12 czy 13). Nie wiem czy pamiętasz, ale zajęcia opuściłam tylko 2x w ciągu dwóch lat kursu – we własny półmetek i studniówkę 😉 Wtedy dla mnie liczyło się tylko to,żeby dostać się na architekturę, i tylko do Warszawy (przeczytałam kiedyś na jakimś forum,że dostać się tam graniczy z cudem i na owym forum ludzie nie polecają nawet próbować – więc pomyślałam wówczas – ok, challenge accepted 😉 Znalazłam wtedy Domin w internecie, opisywany jako najlepsze miejsce dla kandydatów na WAPW i w sumie nie wahałam się ani chwili, że idę w to i to idę na 110%. Od wtedy moje licealne życie wiązało się z cotygodniowymi wyjazdami do Warszawy, które sama sobie wymyśliłam, sama rozplanowałam i zorganizowałam i sama do wszelkich trudów motywowałam.

 

Autentycznie mając te 16-18 lat miałam przekonanie, że jeśli się nie dostanę, to moje życie się skończy – de facto zanim się zacznie – teraz myślę o tamtej sobie z pewną dozą pobłażliwości, ale i szacunku bo realnie dużo poświęciłam na to pracy, energii i zaangażowania. Myślę, że architektem teraz też nie jestem „przypadkowym”.

Domin zawsze dawał mi poczucie, że jestem w dobrym miejscu i dał mi dużo więcej niż tylko warsztat rysunkowy. Twój tekst Wojtku,kierowany o „leniwych kursantów” którzy nie wywiązawszy się ze swoich rysunkowych obowiązków próbowali się tłumaczyć dlaczego nie wykonali jakiejś pracy – „DOBRZE, JESTEŚ USPRAWIEDLIWIONY” na stałe wszedł do mojego „kanonu tekstów” które wyrażają więcej niż tysiąc słów – mówią paradoksalnie o tym,że pracowitość i wytrwałość jest w interesie każdej jednostki indywidualnie, każdy musi swoje dupogodziny odpracować sam bez taryfy ulgowej – i to pojęcie dużo pojemniejsze, niż w odniesieniu tylko do rysunku 😉 Przy tym daje też dużo sprawczości, bo zawsze można COŚ robić a tego co sami wypracujemy, mając tylko do siebie zaufanie i automotywację – nikt nam nigdy nie odbierze.

W Dominie panował pewnego rodzaju kult pracowitości, wytrwałości i wysoki poziom motywacji, a przy tym podejście bardzo utylitarne – nieważne skąd jesteś, kiedy wstałeś żeby tu dotrzeć, albo kim są twoi rodzice – jeśli jesteś wytrwały i pracowity, idziemy w tę samą stronę.

Doświadczenia z Domina dla mnie były też w pewnym sensie dwojakie – szkoła wytrwałości i pracowitości, ale i szkoła wrażliwości. Mimo, że byłam pierwszym rocznikiem któremu wydział na egzaminie „wytrącił z rąk” technikę dowolną a przez co czułam że moje malowanie akwarelą „na nic mi się nie przyda” – to nieprawda! Akwarelę i to,czego mnie nauczyła doceniam dopiero po latach. Nie maluję teraz bardzo regularnie (czasem mówię,że powinnam częściej), ale mam wrażenie ze w jakimś sensie ta umiejętność też „dojrzewa” wraz z rozwojem poczucia estetyki i osobowości człowieka. Biorąc akwarelę nawet „raz w roku” myślę, że maluję lepiej, niż wtedy,kiedy chodziłam na zajęcia. No i na zawsze mam już „akwarelową percepcję” która pomaga mi w interpretacji świata nawet w całkiem nieakwarelowych ilustracjach, czy nawet komponowaniu plansz z projektami.  Bardzo dobrze wspominam też plenery w Norwegii – fajny, rozwijający czas.

 

O samych egzaminach na studia już dzisiaj nie będę w szczegółach wspominać – chyba kiedyś o tym już rozmawialiśmy, wiem też że prawie każdy architekt czy nawet student i absolwent architektury ma swoją „historię dostawania się na studia” – mniej lub bardziej stresującą, emocjonującą albo nawet traumatyczną 😉 ja mam chyba pomieszaną – traumatyczno-stresującą, ale z happy-endem. I tylko Twoje zdanie Wojtku – krótkie zwięzłe i na temat – „Nie pierdol tylko idź robić modele” – kiedy rozżalona przyszłam się Ciebie poradzić po fatalnym wyniku 1 etapu – czy jest sens żebym choćby podchodziła do 2 etapu – zapamiętam jako klucz tej historii.

Przez to,że wykrzesałam z siebie wtedy siłę żeby walczyć do końca – wylądowałam na ostatnim miejscu (ex aequo z 3 innymi osobami)  na studiach dziennych – „po dobrej stronie kreski” 😉 A po latach wiem, że te miejsca na liście nie mają absolutnie żadnego znaczenia w skali życia zawodowego. W sumie to, czy ktoś dostanie się za 1 razem czy nie – też nie ma.

Wtedy myślałam, że byłby to koniec życia. Dzisiaj wiem, że nie.

Ale skrótowo i podsumowująco Domin nauczył mnie że:

-trzeba walczyć do końca nawet jeśli sprawa wydaje się już beznadziejna,

-dopóki można coś zrobić, trzeba robić,

-sprawczość, determinacja i pracowitość popłacają i pozwalają zbudować pewność siebie która buduje osobowość na całe życie jeśli wiesz,że choćby cały świat nie sprzyjał, to ty możesz na sobie polegać i dasz z siebie wszystko,

-stawianie sobie trudnych celów może budzić wielkie rozczarowanie, ale też i wielką satysfakcję-nie do zdobycia innym sposobem,

-nie można rezygnować z większego celu tylko dlatego,że wymaga czasu i dużych nakładów pracy-czas i tak upłynie,

-nie wszystko w życiu zależy od nas, ale dużo zależy – nie można mieć do siebie pretensji za rzeczy na które nie mamy wpływu,jeśli w tych, na które mamy daliśmy z siebie 110%,

 

Wiem, że niektóre rzeczy brzmią może jak oczywistości i motywacyjna papka ale wszystko to wzięło się z mojej dominowej historii i historii mojego dostawania się na studia – i była to historia w pewnym sensie kluczowa w moim życiu, bo bez tego pewnie wszystko byłoby teraz inaczej 🙂

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Shopping Cart
Facebook
Total
0
pl_PLPolish